logo

Anders Rönnlund / Oda do jeziorka śmierci

19.10.2019 – 27.10.2019, otwarcie 19.10.2019 (sobota), godz. 20.00

 

O podróży do Łodzi

Zaproszenie mnie do Galerii Wschodniej w ramach projektu A i R – Rezydencje Artystyczne, posiadającej swoją siedzibę zaledwie kilka bloków od domu, w którym dorastała moja teściowa, Mira, jest jak zatoczenie koła.
A koło to bardzo precyzyjny geometryczny kształt, który nie powstaje samoistnie. Jej opowieści były zdominowane przez wspomnienia lat trzydziestych, kiedy była dzieckiem i nastolatką, rzadziej o czasie spędzonym w getcie. Po wojnie wyemigrowała do Szwecji, gdzie pracowała jako pisarka i tłumaczka polskiej literatury. Przez całe życie utrzymywała kontakt z Polską.

Moje własne kontakty były jednak nawiązywane innymi kanałami. Można by rzec, że brały się z przypadku. Albo z przeznaczenia. W 1991 roku miała miejsce moja pierwsza znacząca wystawa indywidualna w Uppsali. Waldemar Kopczyński ze Szczecina, który przewodził polsko-szwedzkiemu stowarzyszeniu zobaczywszy ją, zaprosił mnie do udziału w ekspozycji dzieł w dużej galerii na samej górze Zamku Książąt Pomorskich. Kilka lat później moje prace były prezentowane obok dzieł moich przyjaciół w Muzeum Narodowym.

Jedną z tych wypraw do Polski, w 1992 roku, odbyłem razem z moją teściową, Mirą. Podczas gdy ja wystawiałem w Szczecinie, ona składała wizytę przyjaciołom w Warszawie. Potem odebrałem ją stamtąd i wspólnie udaliśmy się do Łodzi. Za wyjątkiem odrestaurowanego odcinka Piotrkowskiej w ścisłym otoczeniu Grand Hotelu, miasto było zrujnowane. Wypiliśmy wspólnie kawę w hotelowej kawiarni – tej samej, do której przychodziła z ojcem jako dziecko. Odwiedziliśmy dom, w którym spędziła dzieciństwo, aktualnie ośrodek badań asfaltu. Przemierzaliśmy ulice, które przemierzała kiedyś. Mijaliśmy miejsca, w których upływało jej życie w getcie, a także wstąpiliśmy na cmentarz żydowski. O ile pamiętam, ten jego zakątek, w którym spoczywają jej rodzice był wyłączony z dostępu, porosły gąszczem traw i ostu. Później przebywałem jeszcze w Łodzi z moją rodziną, sadząc drzewa w Parku Ocalałych. Ostatnio, rok temu, odnaleźliśmy miejsce, w którym została pochowana jej matka – na krawędzi czegoś, co aktualnie jest trawiastym pasem zieleni.

Mój kontakt z żywą Łodzią został nawiązany w Ekwadorze, gdzie wraz z artystą Tomaszem Matuszakiem pośród innych prezentowałem swoje prace w niedawno wyłączonym z użytku więzieniu. Wiosną 2017 roku zaprosił mnie na wystawę „CZYNNIK POBUDZAJĄCY SPURRING FACTORS” w działającej przy ASP Galerii Kobro.
To właśnie wtedy zetknąłem się z Galerią Wschodnią. Ale jak wiele innych osób kojarzę Łódź bardziej ze Szkołą Filmową niż z ASP. Zorganizowana minionego lata półroczna wystawa "Kobro & Strzemiński” w Moderna Museet w Malmö może przyczynić się do przybliżenia Szwedom i Szwedkom nieco więcej o Łodzi i Polsce. Instytut Polski w Sztokholmie także ma swój spory wkład w szerzenie w Szwecji wiedzy o kulturze i sztuce
współczesnej Polski. Niektórzy z przyjaciół w moim rodzinnym mieście, Uppsali, którzy stanowią grono artystyczne zajmujące się grafiką komputerową, w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku – a być może i później – miewali kontakty, znajomych i wystawy w Łodzi. W trakcie trwania mojej własnej, w Szczecinie, we wczesnych latach dziewięćdziesiątych, podczas której zaprezentowałem kilka prac z żywych roślin, widziałem w prasie polskie artystki i polskich artystów tworzących z trawy i roślin – byli tacy utalentowani i wielcy, że aż sam poczułem się całkowicie niezdolny do aktu twórczego i marginalny.

Moja rodzina ze strony mamy i taty pochodzi z Finlandii. Wiele w ich opowieściach jest odwołań do Rosji – zarówno rosyjskiej kultury, jak i nieustającego zagrożenia, którego była źródłem. Być może to ich historie nakreśliły mi – takie czy inne, prawdziwe czy nie – wyobrażenie „rosyjskiego” i dzięki nim nie byłem zaskoczony, w odróżnieniu od całego szwedzkiego świata sztuki ogarniętego szokiem, kiedy rosyjski artysta Oleg Kulik, odgrywając psa, w trakcie wystawy pogryzł publiczność. Nie na niby, ale naprawdę. Nie w ramach dzieła teatralnego, a jako pies. Widywałem coś podobnego w polskich nagraniach video dokumentujących performensy. Nie przedstawiają gry, teatru, ale coś, co dzieje się naprawdę i może iść do diabła. Wpłynęły na mnie. Nie silną ekspresją, lecz metodą. Staram się nadawać moim instalacjom formę, dzięki której są sobą, a nie obrazem czegokolwiek innego czy tez aluzją do sztuki. Stanowią moją próbę odnalezienia tego oczywistego i niemożliwego „naprawdę”.

 

 



Zadanie AIR - Rezydencje Artstyczne zostało sfinansowane z budżetu Miasta Łodzi

organizator:

 


 
















foto © Anders Rönnlund

 



















foto © Wojciech Jastrzębski